No to zaczynamy.
Skąd w ogóle pomysł na QA in Trenches?
Dla chwały, sławy i bogactwa, oczywiście.
A trochę bardziej serio: z bardzo silnej potrzeby dzielenia się wiedzą i prowokowania rozmów o QA. Najlepiej takich, po których ktoś się ze mną nie zgodzi, napisze dlaczego i wszyscy wyjdziemy z tego odrobinę mądrzejsi. Albo przynajmniej z nowym tematem do kłótni przy kawie. Tak, jestem jednym z tych specyfików, którzy naprawdę lubią tę pracę. Może jeszcze nie oddycham QA, nie mam go wpisanego w DNA i nie budzę się o trzeciej nad ranem z myślą: „a może jednak powinniśmy zrobić analizę wartości brzegowych…”. Ale zdecydowanie spędzam nad testowaniem, jakością i tematami dookoła nich niepokojącą ilość czasu. Oraz kawy. Dużo kawy.
Więc po co jeszcze jeden blog o QA?
Bo mam wrażenie, że w naszej rodzimej przestrzeni jest miejsce na trochę więcej luźnych tekstów o jakości. Nie tylko tutoriali pod tytułem „17 rzeczy, które MUSISZ wiedzieć o testowaniu”, nie tylko definicji przepisanych z sylabusa i nie tylko dyskusji o tym, czy tester manualny umrze w przyszły czwartek około 14:30 (spoiler: nie umrze).
Brakuje mi tekstów, które można przeczytać przy kawie i pomyśleć: „O, też to widziałem” albo: „Co on wygaduje? Przecież jest dokładnie odwrotnie”. Obie reakcje są całkiem dobre bo prowokują rozmowy.
Bo QA jest dla mnie znacznie ciekawsze niż samo wykonywanie test case’ów. To analiza problemów, zadawanie niewygodnych pytań, grzebanie w wymaganiach (lub nawet wróżenie z nich), próba zrozumienia użytkownika i szturchanie długim patykiem kogoś siedzącego kilka szczebli wyżej na firmowej drabinie z pytaniem “panie, kto tu panu tak spierdzielił?” a czasem zastanawianie się, dlaczego trzeci raz w tym miesiącu naprawiamy dokładnie ten sam rodzaj błędu.
I właśnie o takich rzeczach chciałbym tutaj pisać. A poza tym znajomi powoli przestają reagować na moje wywody, czaty na telegramie milkną po kolejnej wiadomosci na 10 ekranów, więc wydaje się, że internet jest kolejnym logicznym etapem gdzie już nikt mnie nie zatrzyma (no, może poza nieopłaconą subskrypcją).
Czy teksty będą pojawiały się regularnie?
Mam nadzieję. Miałem też kiedyś nadzieję, że nie wyłysieję więc moje prognozy długoterminowe należy traktować z odpowiednim poziomem ostrożności. Jak to mówią: jeszce jak, zobaczymy, zobaczymy, czas pokaże. Plan jednak jest. Tematów zdecydowanie nie brakuje, bo im dłużej pracuję z jakością, tym mniej wierzę w proste odpowiedzi.
A teksty pisze AI?
Nie.
Czy AI jest wykorzystywane przy ich tworzeniu?
Absolutnie tak. I wolę powiedzieć to od razu, zanim ktoś zauważy brak przecinka, znajdzie trzy zbyt równe akapity i ogłosi, że oto kolejny element układanki potwierdzającej teorię martwego internetu.
AI traktuję tutaj jak narzędzie. Do wstępnego researchu. Do sprawdzania, czy nie powtarzam po raz piąty tego samego słowa w jednym akapicie. Do korekty językowej, przeredagowania wyjątkowo koślawego zdania albo zwrócenia uwagi, że pół strony temu zgubiłem własny wątek. Czyli trochę Word 3.0, trochę żółta kaczuszka, trochę wyszukiwarka i trochę wyjątkowo cierpliwy redaktor. Dlatego za treść odpowiada tutaj człowiek. AI może pomóc mi poprawić przecinek ale nie przeżyło za mnie projektu, w którym requirements.txt był bardziej aktualny niż wymagania biznesowe. Nie siedziało na spotkaniu, na którym trzy osoby przez godzinę używały słowa „gotowe”, a po 2 kliknięciach i tak aplikacja spadła z rowerka. Nie wykonywało eksploracji, nie rozmawiało z zespołem i nie zastanawiało się później pod ekspresem do kawy dlaczego do cholery nikt wcześniej nie zapytał o ten jeden edge case. I właśnie ten sznyt człowieka, który trochę się przez temat przeczołgał, chciałbym tutaj zachować.
Nie chcę produkować tekstów tylko dlatego, że można. Chcę pisać wtedy, kiedy mam coś do powiedzenia, coś mnie uwiera, czegoś się nauczyłem albo znalazłem temat, przy którym warto pogrzebać trochę głębiej. Czasem będzie technicznie. Czasem procesowo. Czasem pewnie nieco złośliwie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, regularnie pojawi się też zdanie zaczynające się od „to zależy”.
No dobrze. Skoro pierwszy obowiązkowy wpis organizacyjny mamy za sobą, następnym razem można już normalnie zejść do okopów.